Magdalena Ciemierkiewicz

Dokumentacja wystawy
Biesy, BWA Krosno

2026

Dawno, dawno temu w ludowych wierzeniach po zbrodni zawsze następowała kara – tym dotkliwsza i dłuższa, im większa była wyrządzona krzywda. Dusze ludzi potępionych za czynione zło i okrucieństwo nie miały wstępu do krainy umarłych. Nie mogąc wejść do zaświatów, by tam zaznać spokoju, wracały na ziemię w postaci biesów i tułały się po polach, lasach i bagnach, budząc przerażenie wśród żywych. Błędnymi ognikami zwodziły ludzi nocą na bezdroża i moczary. Tajemnicze, fosforyzujące płomienie unosiły się w miejscach, które należało omijać, które sama natura oznaczała jako przeklęte. W ten sposób z pokolenia na pokolenie pamiętano i przekazywano wiedzę, jak czytać i interpretować znaki dawane przez przyrodę.
Potem, w wieku rozumu i nowoczesności, „odczarowano świat”; z wyobraźni zbiorowej zniknęły biesy oraz wiara, że ziemia na wieki „pamięta” zbrodnie, a krew niewinnych trwale ją skaża, przyciągając demony i złe duchy. Zniknął też kosmiczny wymiar kar za wyrządzone krzywdy. Wydarzyły się natomiast zbrodnie tak ekstremalne, że brakuje pojęć w naszym języku, by je opisać. „I powstały nowe pustynie: piaski Majdanka, Sobiboru, wydmy Treblinki i Bełżca, gdzie wiatr układa na wieczny spoczynek nie krzemień, mikę, piaskowiec – zmielone w żarnach starych mórz – ale wapień i węgiel ludzkiego rodu zrównanego z ziemią… W ciemności popioły płyną przez durszlakowe klepsydry. I jest w powietrzu tak, jakby oddychało ich ostatnim tchnieniem” – pisał Jerzy Ficowski – „On – człowiek, on – syn tej ziemi, on – niespalony ich brat”. Tuż obok nich wyrosły inne wzgórza popiołów – groby ludzi na zawsze bezimiennych, niemających twarzy i nazwisk, którym na zawsze odebrano prawo do pamięci. Paradoksalnie, po takim kataklizmie ziemia nie pozostała jałowa.
„Pola uprawne za moją rodzinną wsią są zbiorową mogiłą. Kiedy byłam dzieckiem, pomagałam rodzicom w pracach na polu. Nasze uprawy rosły w miejscu, gdzie rozrzucono szczątki ludzi spalonych w krematorium. Z biegiem lat musiały wtopić się w otaczającą przyrodę, a także w nasze ciała” – opowiada Magdalena Ciemierkiewicz w projekcie Formy-Duchy. Artystka i jej sztuka stają się depozytariuszami pamięci rodzinnej, nieustannie na nowo powracając do tematu zagłady, wpływu jej sąsiedztwa na relacje rodzinne i społeczne kolejnych pokoleń po wojnie oraz wyparcia niewygodnych faktów.
Jest to jedno z tych miejsc, które Martin Pollack nazywa skażonymi krajobrazami, a Claude Lanzmann „nie-miejscami pamięci”, które padło ofiarą masowej amnezji, ponieważ naturalną potrzebą ludzi jest życie w „zdrowym, nienaruszonym krajobrazie”.
W antropologii kulturowej na ich opisanie pojawia się metafora otwartego grobu. Jeżeli nie nastąpi rytualne przepracowanie dokonanego tam ludobójstwa, a przeszłość zostanie zamieciona pod dywan bez sprawiedliwego rozliczenia, to zamiast stać się historią, będzie stale obecna jako widmo destabilizujące teraźniejszość. Społeczność będzie żyć nad otwartym grobem – niezabliźnioną raną ziemi.

Magdalena Ciemierkiewicz poszukuje poprzez swoją twórczość rytualnych, efemerycznych, ale też materialnych form unaocznienia tego, czego nie chcemy widzieć i o czym nie chcemy mówić. Parafrazując słowa Romy Sendyki, artystka przywraca to, co wypchnięte poza imaginarium społeczne, poza sposoby „«wyobrażania»/«imaginowania» sobie swego społecznego otoczenia”.
Wystawa Biesy jest bardzo minimalistyczna pod względem formy. Składają się na nią głównie trzy prace: Czarnoziem, Biesy i Czarna wstążka.

Czarnoziem to rzeźbiarska forma zbudowana z 12 ręcznie utkanych dywanów-kilimów, które kolorystyką i fakturą nawiązują do materii ziemi. Czarna i brunatna przędza przetykana jest miejscami niebieską nicią. Możemy na te pojedyncze, rozedrgane linie spojrzeć jak na cieki wodne podnoszące wartość i żyzność tej najlepszej, ale i rzadkiej gleby albo zobaczyć w nich odbicie nieba – fizycznego i duchowego. Mamy zatem obok siebie to, co ciężkie, gęste, materialne, i to, co symbolicznie przekracza ludzkie poznanie, ziemską materię i granice czasu. Utkany dywan ociepla wnętrze domu, ale też skrywa pod sobą to, czego nie chcemy widzieć.

Nad ciemnym płatem Czarnoziemu unosi się, feerycznie pulsując światłem, sześć ręcznie wykonanych neonów. Ich forma i tytuł nawiązują do mitycznych biesów, których atrybutem były błędne ogniki. Nieprzypadkowo światła pojawiają się nad „skażoną” ziemią. Ignis fatuus to łacińska nazwa nadawana tajemniczym, różnobarwnym płomieniom, które potrafiły unosić się w powietrzu, zataczać koła, po czym nagle znikać. Obrosłe w ludowe legendy zjawisko okazało się samozapłonem gazów (głównie metanu) wydobywających się z gnijących szczątków organicznych. To tłumaczyło ich obecność nad bagnami i miejscami zbiorowych pochówków zwierząt lub ludzi. Dźwięk zamkniętego w szkle neonów gazu zostaje wzmocniony i zwielokrotniony instalacją audio, która wykorzystuje dźwięki wyładowań elektrycznych, podobne do tych, które można usłyszeć na polach uprawnych w pobliżu linii wysokiego napięcia.
W ten sposób formy inspirowane światem organicznym zaczynają współistnieć ze światem technologicznego rozwoju. Holokaust, jak dowodził Zygmunt Bauman, nie wydarzył się wbrew ówczesnemu społeczeństwu, ale dzięki mechanizmom, które nowoczesność stworzyła i doprowadziła do perfekcji. Bezprecedensowy technologiczny postęp i modernistyczna obsesja porządku, czystości oraz projektowania idealnego społeczeństwa doprowadziły do narodzin bezwzględnego przemysłu śmierci.
Wideo pt. Czarna wstążka spina klamrą przeszłość z teraźniejszością. Widzimy na nim, jak dron unosi nad rozległym krajobrazem, na tle niebieskiego nieba, czarną wstęgę. Dla artystki jest to gest żałoby, sygnał bliskości wojny i niepokoju o przyszłość. Tuż za polską granicą, w Ukrainie, gęste, długie pasma czarnego dymu znaczą miejsca przemocy i śmierci. Tytułowe czarne wstążki powstają na niebie po precyzyjnych, punktowych uderzeniach rosyjskich dronów i rakiet.
Zarówno dla Zygmunta Baumana, jak i Timothy’ego Snydera historia Holokaustu nie dobiegła końca, ponieważ ludzie nie wyciągnęli z tamtych wydarzeń należytych wniosków. Potwierdza to agresja Rosji na Ukrainę. Dlatego ważne jest, by – jak postuluje Snyder – historia Holokaustu miała charakter współczesny, pozwalając nam lepiej zrozumieć mechanizmy przemocy.
Prace artystki dotykają wielu wątków skomplikowanej, niejednoznacznej przeszłości i teraźniejszości. Przenikają się w nich warstwy znaczeń, tworząc subtelne paralele, przez co widzialność tego, co wyparte, celowo niezauważane, zyskuje na sile. Wchodząc w przestrzeń wystawy, wkraczamy do bardzo osobistego imaginarium autorki, budowanego wokół tematów bolesnych i niewygodnych, konfrontujących nas nie tylko z historią, ale i z nami samymi.

Tekst i opieka kuratorska: Agata Sulikowska-Dejena

Projekt plakatu: Kamil Rekosz

Biesy — Magdalena Ciemierkiewicz